Boisko szkolne. Krzyki, piski, śmiechy. Wszystkie dzieci bawią się w kółeczku. Tylko trójka z nich stoi samotnie. To Legrant, PeHa i Heavianna. Są to ich przezwiska, rzecz jasna. Każde z dzieci ma po 10 lat- uważają więc, że są już praktycznie dorośli. Nie dla nich zabawy w piaskownicy i tym podobne bzdety. Legrant tak naprawdę ma na imię Krzysztof. Jego przezwisko wzięło się od nazwiska aktora- Hugh Granta. Poza tym Krzysztof jest do Hugh bardzo podobny. Skąd to „le” przed „grant”? No cóż- ciotka Natalia przyjechała kiedyś z Francji do Polski i tak się akurat złożyło, że puścili film z przystojnym Hugh w roli głównej. Ciotka, będąc pod wrażeniem jego uroku szeptała: „Le Grant!Och, le Grant!”. Stąd właśnie wzięło się owe przezwisko.
Co do PeHa- jego prawdziwe imię brzmi Stanisław. Trochę żałosne, jak śmiał twierdzić posiadacz tego przecudnego imienia. PeHa- Stanek notorycznie miał pecha. Jakby tego było mało- żuł gumę Orbit, mówiąc, że poprawia sobie „PH” w ustach. Siłą rzeczy stało się to jego przezwiskiem i jak sam twierdził: „ideą jego życia”.
Heavianna to przezwisko naprawdę niemiłe, ale bardzo często używane przez rówieśników owej dziewczynki. Jej prawdziwe imię to Anna, stąd wzięła się końcówka przezwiska. A początek? Ania miała bardzo- podkreślam- bardzo obfite kształty jak na dziesięcio-latkę. A wszystko przez szanowną rodzicielkę, która wpychała w nią różnorodne jedzenie- od kotletów, aż po cukierki. Heavy= ciężki. I taka właśnie była ona. Jej charakter nie był przytłaczający- wręcz przeciwnie- była to bardzo miła i wrażliwa osóbka.
Dzwonek. Większość dzieciaków zmierza wprost do szkoły. Tylko trójka głównych bohaterów nie ma najmniejszego zamiaru się ruszyć. Mijają ich ostatni maruderzy. A potem… zrywają się do biegu. Ania podśpiewuje sobie pod nosem „Pędziwiatra”. PeHa jak zwykle żuje gumę- dziś wypada arbuzowa. Adrenalina w ciele Legranta wprost szaleje- widać to po nim doskonale. Biegnie z uśmiechem szaleńca i rozwianymi włosami. Bo jest w swoim żywiole. Żywiole przygody!
Troje dzieci dobiega do tajemniczych drzwi- zakurzonych i odrapanych, znajdujących się na środku boiska. Dziwne, prawda? Ale jeszcze dziwniejsze jest to, że obok drzwi stoi blady majordomus ubrany w fioletowy garnitur i zielone buty w pomarańczowe groszki. Na widok dzieci uśmiecha się- może nie tak wyraźnie, bo nie pozwala mu na to jego rola, ale powiedzmy, że uśmiecha się „metaforycznie”. Otwiera przed nimi drzwi na oścież, wchodzi razem z nimi i zamyka je. Wszyscy zamykają oczy. Mija pięć sekund i…
Mam nadzieję, że pierwszy fragment się podobał:) Nie dokończyłam specjalnie. Trzeba zrobić gościom „smaczek”. Pozdrawiam i proszę napisać, czy mam kontynuować opowieść.
Fleur